Bo tak właściwie jest do dupy. A co jest powodem? a może inaczej.. "kto?". Któż by inny jak nie On. Bo co? bo znowu ma przede mną jakieś tajemnice, nie odzywa się do mnie, a jak już to trochę i głównie o zadanie i naukę się pyta. Nie przytuli mnie, mówi, że mam się uśmiechać -.- a ja w dupie mam uśmiechanie się, jeśli jest tak jak jest. Niech chociaż nie wiem.. powie coś, cokolwiek, żebym była spokojna i mogła się nie przejmować. Ale przecież nie może być doskonale, nigdy nie będzie tak jak ja chcę.. być może za dużo bym chciała.. i to głupie zastanawianie się co mu jest, czy może to moja wina, czy już mnie nie kocha, bla, bla, bla.. Myślałam, że po tym jak powiedział mi o niedzieli, będzie inaczej, ale pod względem takim, że zacznie mi poświęcać więcej czasu, albo będzie robił tak, żebym była w pełni przekonana, że czuje do mnie to co ja do niego, ale widocznie jestem jakaś dziwna, że tak myślę, albo po prostu ma to gdzieś i tak jak ja lubi jak rzeczy dzieją się same. "Nie jestem w nastroju" chyba już dwa razy to od niego słyszałam.. i nie wiem czy mam napisać, zapytać się co się stało czy zwyczajnie to olać. Ja na przykład należę do tej "grupy" osób, które wolą, żeby jakoś się zainteresowały moim powodem smutków. On przeciwnie, cóż. Nie chodzi mi nawet o samą wiedzę co się stało, wystarczyło by mi coś w stylu "to tylko chwilowe" albo " nie przejmuj się" albo cokolwiek innego. Jestem wkurwiona, na siebie, niego.. a moim jeszcze jednym zmartwieniem są te wredne **** yhhh. -.- jak ja żałuję, że się z nimi znam, znałam i znają dużą część mojego życiorysu. Na szczęście są takie osoby jak Ania, którym mogę ufać. Szkoda, że znam tylko jedną taką osobę. Co do Tomka.. mam nadzieję, że to nie moja wina i zastanawiam się co znowu zrobił, że tak się wobec mnie zachowuje. Jebie mnie to, jeśli sam się nie przestanie "normalnie" zachowywać albo nie odezwie się, niech nie liczy na to, że sama się zapytam czy tym zainteresuję. Chociaż cholernie mnie to uwiera, przeszkadza i jest mi z tym ciężko, nie wiem czemu nie zrobię tego. Ale jest mi kurwa smutno. Najgorszy tydzień mojego życia. Jeszcze wczorajszy powrót do domu, którego prawdopodobnie nigdy nie zapomnę.. i jak tak teraz się zastanawiam to mogłam się nie odsuwać, zupełnie inaczej wyglądałby dzisiejszy dzień, prawdopodobnie lepiej. Ciekawie by to wyglądało.. 20.09.1996 - 27.09.2011 ale widocznie jeszcze jest mi to nie pisane, miałam ogromne szczęście, ale nie musiałabym się zamartwiać tymi rzeczami, ani innymi, które nastąpią za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.. "krok od śmierci" - dosłownie.. aż płakać mi się chce.. nie pamiętam nawet co mówił do mnie wtedy ten kierowca, wiem, że był młody, ale w tym momencie jakby ogłuchłam, ale nie chciałam go prosić, żeby powtórzył, nie chciałam tam już dłużej być.. chyba jeszcze mi śmierć nie pisana. To będzie jedna z rzeczy, o których będę wiedziała tylko ja. Jak tak sobie tak wczoraj myślałam, to uświadomiłam sobie, że jak dużo o czymś myślę, wyobrażam to sobie to tak się dzieje. Zauważyłam, że to już nie był pierwszy raz, kiedy wydarzyło się coś, o czym intensywnie myślałam.. dobra, koniec. idę. aaa i jeszcze jedno. Wkurwiam się, bo mi kurde dźwięk na komputerze nie działa od kilku dni. I jestem wkurwiona na maksa ! Żeby to się jeszcze jakoś naprawić dało -.-